Miejscownik krajowy

Z wizytą w Krainie Sądeckiej Pani

Na przełomie roku, ale nie tylko, bo i wiosną i latem i jesienią i zimą, warto udać się z wizytą do Krainy Sądeckiej Pani.  Jest to miejsce, które o każdej porze roku jest piękne i ma wiele do zaoferowania. Halo! Stop! O co chodzi??? Co za Kraina? O jakiej Pani mowa? Dobrze, dobrze, już tłumaczę. Sądecka – to chyba oczywiste. Jak łatwo się domyślić, jest mowa o Sądecczyźnie. Jednak kim jest wspomniana wyżej niewiasta? Potomkini cesarzy bizantyńskich, węgierska królewna z dynastii Arpadów, księżna krakowsko-sandomierska, właścicielka ziemi sądeckiej, skromna klaryska. Niewiasta mądra, z niezłomnym charakterem, troszcząca się o swoich bliskich, opiekująca się swoim ludem, wspierająca męża w sprawowaniu władzy, aktywnie uczestnicząca w życiu politycznym i gospodarczym, a chociaż z pochodzenia Węgierka, to zaangażowana w rozwój kultury i języka polskiego, a zarazem ta, której według legendy zawdzięczamy w Polsce sól. Wiecie już o kogo chodzi? Macie rację – to księżna Kinga.

Dzisiaj zabiorę Was w podróż niezwykłą, łączącą dawne i nowe czasy, w której spotkacie nie tylko sól, ale i Lajkonika, w której dojdzie do konfrontacji legend i twardych historycznych faktów, w której przeszłość spotka się z teraźniejszością, a także w której powędrujemy po górach, posiedzimy nad jeziorem, trochę pozwiedzamy, a na końcu odpoczniemy w ogrodzie. Raz, dwa, trzy… zaczynamy.

Szybka przebieżka po przestworzach Internetu pomogła mi zrobić listę najciekawszych miejsc na Sądecczyźnie. Krótką, ale zawierającą najbardziej polecane przez odwiedzających ten region miejsca. Taki podróżniczy crème de la crème.  

Kiedy myślimy o miastach Sądecczyzny, to z całą pewnością do głowy jako pierwsze przychodzi Nowy Sącz. Dziś stolica tego regionu, jedno  z największych miast Małopolski, istniejące od czasów średniowiecza. Jednak były czasy, kiedy Nowego Sącza nie było, a sercem Sądecczyzny było urokliwe miasteczko, otoczone górami, położone w Kotlinie Sądeckiej, u zbiegu rzek Dunajca i Popradu, czyli Stary Sącz. Ponieważ początki miasta nierozerwalnie związane są z postacią Kingi zacznijmy tę historię od bliższego poznania Sądeckiej Pani.

Zapewne większości z Was Kinga kojarzy się z legendą o pierścieniu zaręczynowym i sprowadzeniu soli do Polski. To oczywiście tylko legenda. Rzeczywistość wyglądała trochę mniej romantyczne, ale znaczenie tego, co stało się za sprawą naszej bohaterki jest bardzo istotne.  Do czasów Kingi w Polsce nie wydobywano soli kamiennej, chociaż istniały jej złoża.  Z powodu braku umiejętności jej wydobywania korzystano jedynie z solanki, którą następnie warzono. Była to sól gorszej jakości i w ograniczonej ilości. Kinga sprowadziła ze sobą z Węgier – kraju, w którym górnictwo soli było wysoko rozwinięte i który był jednym z głównych eksporterów tego surowca w ówczesnej Europie – wykwalifikowanych górników, dzięki czemu również u nas powstały pierwsze kopalnie soli. Żeby zrozumieć wielkie znaczenie tego faktu warto wspomnieć, że sól była w średniowieczu niezwykle istotnym produktem, o wartości porównywalnej do złota. Była walutą, którą na przykład płacono żołd żołnierzom.  Jej cena była tak wysoka, że niewielu mogło pozwolić sobie na jej zakup. Krajowe wydobycie uczyniło sól bardziej przystępną, przymnożyło bogactwa osobom zaangażowanym w proces jej wydobycia oraz zapewniło stały, twardy wpływ do królewskiego skarbca. Legendy legendami,  ale pora przejść do faktów.

Kinga przybyła do Polski w wieku 5 lat, jako… narzeczona piastowskiego księcia, dwunastoletniego Bolesława. Tak, mam tego świadomość, że dzisiaj brzmi to dziwnie.  To były jednak inne czasy, w których dwunastolatkowie uważani byli za ludzi na tyle dojrzałych, że mogli zawierać małżeństwa. Oczywiście dla pięciolatki było to zdecydowanie za wcześnie, w związku z tym postanowiono, że ślub zostanie zawarty, kiedy Kinga ukończy dwanaście lat. Jednak od razu miała zamieszkać w Polsce, a bądźmy szczerzy nie był to bezpieczny raj, mlekiem i miodem płynący, lecz kraj podzielony na dzielnice i pogrążony w wojnie domowej pomiędzy piastowskimi książętami, toczącymi walki o ziemię i o władzę, a zwłaszcza o ziemię, która dawała władzę  – czyli ziemię krakowską. Zgodnie z testamentem pradziadka Bolesława, książę władający Krakowem miał władzę nad wszystkimi książętami piastowskimi panującymi w poszczególnych dzielnicach. Jakby walk o władzę było mało, w tym czasie przelewały się przez Europę, w tym Polskę, fale tatarskich najazdów, które siały potworne  zniszczenie. Narzeczony Kingi, Bolesław, miał to szczęście, że ziemia krakowska, a właściwie krakowsko-sandomierska, należała do niego. Miał jednak również to nieszczęście, że został księciem jak miał zaledwie rok. Przyznacie sami, że trudno sprawować rządy w tak młodym wieku. W związku z tym oficjalnie władzę w jego imieniu sprawowała mama, o wdzięcznym imieniu Grzymisława. Jednak zazdrośni stryjowie z innych dzielnic dość skutecznie rzucali jej kłody pod nogi. Kiedy Bolesław miał 12 lat zmarł jedyny życzliwy mu stryj, w związku z czym Grzymisława zaczęła rozglądać się za zagranicznym sojusznikiem. Ponieważ w tamtych czasach sojusze zawierano przez małżeństwa dzieci, jedynym wyjściem było znaleźć synkowi dobrą żonę. Wybór padł na Kingę. Jednak ojciec królewny nie był zachwycony takim zięciem. No cóż, bądźmy szczerzy, kim dla króla było książątko władające i to z trudem zaledwie dzielnicą. Jednak niebezpieczeństwo ze strony Tatarów sprawiło, że i król zaczął myśleć o sojuszach. W związku z czym dał zgodę na ślub Kingi z Bolesławem, a także na kolejne cztery śluby córek:  Anny z księciem czernihowskim, Elżbiety z księciem Bawarii i Palatynatu, Konstancji z księciem halickim, Jolanty z księciem Wielkopolski i Pomorza, oczekując od zięciów informacji o ruchach wojsk tatarskich i militarnego wsparcia (jak widać córki to skarb 😀 ). Tak więc, na mocy politycznych kontraktów, pięcioletnia Kinga wyruszyła w drogę do Polski. Ojcowie i matki czytający te słowa, wyobrażacie sobie, że pozwalacie waszej pięcioletniej księżniczce na takie rzeczy i tracicie ją z oczu?

Czy rozumiemy to, czy nie, Kinga przeprowadziła się do Polski i zamieszkała z przyszłym mężem i przyszłą teściową, która zajęła się jej wychowaniem (a teraz pytanie do wszystkich teściowych – wychować sobie przyszłą synową – układ idealny, prawda?) i dorastała w kraju ogarniętym wojną, a trochę poza jego granicami (kiedy zmuszona była do ucieczki przed inwazją tatarską), z dala od rodzinnego domu, sama wśród obcych. I mimo wszystko, a może właśnie dlatego wyrosła na wspaniałą, dzielną i mądrą kobietę. Kiedy już oficjalnie została księżną, nie ograniczyła się do roli książęcej małżonki, stojącej z tyłu i przyglądając się biernie mężowi sprawującemu władzę, ale współrządziła. Aktywnie uczestniczyła w życiu politycznym i gospodarczym, a książę liczył się z jej zdaniem. Przeglądając wydane w tamtym czasie dokumenty i nadane przywileje można zauważyć, że pośród pieczęci je uwierzytelniających jest pieczęć Kingi, a co najmniej znajdujemy w nich wzmiankę, że przywileje zostały nadane przez Bolesława za zgodą małżonki. Była troskliwą księżną. Troszczyła się o sprawy kraju i poddanych, zwłaszcza ubogich. Ponieważ kraj został dotkliwie zniszczony przez Tatarów, jego odbudowa był możliwa ze środków stanowiących posag księżnej, za co parę lat później, otrzymała od księcia jako prywatną własność Ziemię Sądecką. Czynnie pomagała w odbudowie kraju zniszczonego przez najazd tatarski, fundowała kościoły i klasztory, sprowadzała zgromadzenia zakonne, które w tamtych czasach pełniły nie tylko rolę religijną, ale były również ośrodkami kultury i edukacji. Troszczyła się o rozwój polskiej kultury, poprzez wprowadzenie języka polskiego w pieśniach, psalmach, modlitwach (pamiętajmy, że w średniowieczu królowała łacina), kazaniach. Zabiegała o rozwój śpiewu kościelnego (słuchaliście kiedyś średniowiecznych chorałów? Jeśli nie, warto nadrobić). Starała się również o rozwój edukacji, fundując szkoły parafialne oraz umożliwiając w klasztorze naukę czytania i pisania świeckim dziewczętom. Aktywnie wspierała męża w prowadzeniu akcji lokacyjnych, czyli rozwoju miast i miasteczek. W tym miejscu trzeba przypomnieć Krakowianom, że oprócz soli na kuchennym stole, zawdzięczają coś jeszcze książęcej parze. 5 czerwca 1257 r. książę Bolesław z „najjaśniejszą matką” Grzymisławą i „szlachetną żoną” Kingą wydali akt lokacyjny Krakowa. Było to przywilej, który nadał istniejącej osadzie nową strukturę organizacyjną, przywileje oraz obecny układ architektoniczny okolic Rynku Głównego. Spacerując po krakowskich uliczkach warto więc czasem wspomnieć księżną.

A co ciekawego można zobaczyć na sądeckiej ziemi?

Stary Sącz

Urokliwe miasteczko, o którym świat usłyszał po raz pierwszy w 1257 r., kiedy to książę Bolesław podarował Kindze ziemię sandomierską, obejmującą tereny położone w trójkącie pomiędzy Bieczem, Limanową i Podolińcem (obecnie Słowacja). Wtedy to Stary Sącz stał się głównym miastem regionu i siedzibą lokalnych władz. Pora wyruszyć na zwiedzanie. Pierwsze kroki kierujemy oczywiście do serca, którym w mieście zawsze jest rynek. Tutaj witają nas w większości XIX wieczne budynki, ale jeżeli uważniej przyjrzymy się, z łatwością dostrzeżemy średniowieczny układ urbanistyczny. Układ charakterystyczny dla wszystkich miast tworzonych w oparciu o popularne w średniowieczu tzw. prawo magdeburskie (w tym Krakowa) – spory rynek o kształcie zbliżonym do kwadratu, którego boki dokładnie wyznaczają cztery strony świata  – północ, południe, wschód, zachód i od których odchodzą ulice wytyczone pod kątem prostym. Nawierzchnię Rynku stanową kocie łby – granitowe otoczaki z Dunajca. Z budynków warto zwrócić uwagę na „Dom na Dołkach”, w którym obecnie mieści się siedziba Muzeum Regionalnego, a przede wszystkim na jego kryty gontem (czyli drewnianymi deseczkami) dach – dziś rzadki widok, a kiedyś takie zadaszenie miały wszystkie domy. Jest to dom mieszczański pochodzący z XVII w., ale później przebudowywany i rozbudowywany. Na Rynku dostrzeżemy również XIX-wieczną studnię skrytą pod rozległymi konarami lip, które posadzono w 1877 r.

Kolejnym punktem na trasie jest Kościół parafialny p.w. Św. Elżbiety – gotycki kościół z XIV bądź XV wieku, odbudowany po wielkim pożarze w XVII w. W tym też okresie dobudowano do niego wieżą kościelną, zwieńczoną barokowym hełmem.

W końcu docieramy do miejsca najbardziej związanego z Kingą. Po śmierci męża, pomimo propozycji przejęcia pełnej władzy nad Księstwem Krakowsko-Sandomierskim, Kinga postanowiła odsunąć się na bok. W 1285 r. ufundowała w Starym Sączu kościół i klasztor klarysek, w którym zamieszkała. Kościół nie jest duży, ale ma swój urok. Pierwotnie był zapewne budowlą drewnianą, z częścią murowaną. W XIV w. został przebudowany w stylu gotyckim, a później, z powodu pożarów, był często remontowany, a remontom nierzadko towarzyszyły rozbudowy. Jest to kościół jednonawowy ze sklepieniem krzyżowo-żebrowym w prezbiterium i kaplicy pod chórem, z XVII-wiecznym ołtarzem głównym przedstawiającym Trójcę Świętą, barokową amboną i gotycką chrzcielnicą w przedsionku. Z boku po prawej stronie dostrzeżemy kaplicę św. Kingi z XIV wieku, oddzieloną od kościoła ozdobną kratą. Nie można tam wejść, ponieważ znajduje się już na terenie klasztoru klarysek, które jako mniszki klauzurowe ograniczają do minimum kontakt ze światem zewnętrznym, a granicę której nie można przekroczyć symbolicznie wyznacza krata. Jednak patrząc przez nią dostrzeżemy lipowy ołtarz z posągiem Księżnej oraz małą trumnę z jej relikwiami. Po prawej stronie kaplicy znajduje się również sarkofag,  w którym została pochowana. Do kościoła przylegają budynki klasztorne przebudowane w XVII w. w stylu manierystyczno-barokowym.

Jesteście już pewnie zmęczeni tą architekturą, więc pora na spacer po leśnym molo. W związku z tym wspinamy się powolutku na Miejską Górę. Powolutku, bo jest dość mocno pod górkę, ponad 100 metrów na odcinku niecałego kilometra. Jak zdobędziemy szczyt możemy cieszyć się spacerkiem i karmić oczy widokami (osobiście polecam kilkuosobowe przejście drewnianym wiszącym mostkiem – każda osoba wprowadza mostek w drganie – mostek rezonuje, a my mamy fan 😉 ).

Góry

Skoro mowa o przyrodzie to będąc na Sądecczyźnie koniecznie trzeba udać się w góry – oczywiście w Beskid Sądecki, ale także w Pieniny. Czeka tutaj na nas m.in. Radziejowa z wieżą widokową (najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego, 1266 m n.p.m.), Rogacz Wielki (1182 m n.p.m.), Przehyba (1191 m n.p.m.), Jaworzyna Krynicka (1114 m n.p.m.) i wiele wiele innych szczytów Pasm Radziejowej i Jaworzyny, a także Gór Leluchowskich i Lubowelskich. Oczywiście będąc tutaj warto skoczyć i w Pieniny i do Wąwozu Homole. Same atrakcje. A propos Pienin – znane są Wam legendy pienińskie opowiadające o Kindze? Znane, nieznane, nieważne. Posłuchajcie.

Dawno, dawno temu, w czasach kiedy Krakowianie mieli okazję poznać Lajkonika (tego oryginalnego – oczywiście według legendy), a przez Europę przetaczała się horda Tatarów, Kinga próbowała ocalić przed najeźdźcami mniszki ze starosądeckiego klasztoru. Pierwsza z legend głosi, że ukryła się z nimi w Zamku Pienińskim, który jednak był dość lichej kondycji obronnej, z nieliczną załogą, w związku z czym szanse na przetrwanie były niewielkie. W trakcie zaciętych walk, kiedy wydawało się, że wszystko stracone i zamek wkrótce upadnie, dzięki modlitwie Kingi okolicę zamku spowiła mgła, tak gęsta, że Tatarzy, strzelając po omacku, zaczęli ranić samych siebie i wpadać w przepaście. Wprawiało ich to w takie przerażenie, że zaniechali zdobywania zamku. Druga z legend opowiada o rolniku, który udręczony biedą i długotrwałą, niezwykle ciężką zimą (tak mroźną i śnieżną, że podobnej nie pamiętali ani najstarsi górale ani lachy sądeckie), wyszedł na pole siać pszenicę. Kiedy pracował w pocie czoła, nagle dostrzegł podążające drogą mniszki prowadzone przez dostojną panią. Kobieta, która im przewodziła, powiedziała mu, że uciekają przed Tatarami i poprosiła, by w razie pojawienia się najeźdźców i dopytywania o nie powiedział im prawdę. Słowa te mocno zdziwiły rolnika, ale postanowił spełnić jej prośbę. Niedługo po tym, jak kobiety oddaliły się, pojawili się Tatarzy. Zapytany o zakonnice rolnik, przyznał, że faktycznie kobiety przechodziły koło jego pola, kiedy siał. Kiedy Tatarzy to usłyszeli zrezygnowali z pogoni i zawrócili.  Zdziwiony rolnik nie mógł zrozumieć, co się stało, dopóki nie spojrzał za siebie i nie zobaczył pięknych kłosów pszenicy, które w tym krótkim czasie wyrosły za jego plecami. Wtedy zrozumiał, że kobieta z którą rozmawiał była znaną mu dobrze ze słyszenia dawną księżną, a obecnie klaryską, która w ten oto sposób ocaliła mniszki przed Tatarami, a rolnika od głodu. W Pieninach żyje jeszcze jedna legenda, która mówi, że źródła w otulinie Pieńskiego Parku Narodowego w Krościenku nad Dunajcem to dar Kingi dla Pienin. Dlatego wody te zostały nazwane jej imieniem i dzięki temu każdy może mieć Kingę w domu.

Jezioro Rożnowskie

Stojąc na szczycie Rogacza Wielkiego, stoimy również na początku (lub, jak kto woli, na końcu) niebieskiego szlaku długodystansowego prowadzącego do Tarnowa (lub z Tarnowa na Rogacz). Szlak ma prawie 190 km i jest co do długości piątym szlakiem na terenie polskich gór. Wędrując nim docieramy do miejscowości Bartkowa-Posadowa, położonej nad samym brzegiem kolejnej atrakcji Sądecczyzny – Jeziora Rożnowskiego. Jezioro Rożnowskie powstało w wyniku spiętrzenia wód Dunajca. Swoim kształtem przypomina literę S. Liczy około 20 km długości oraz średnio około 1 km szerokości (tylko w niektórych miejscach zdarzają się 2 km). Na amatorów wakacji nad wodą czekają tutaj miejscowości wypoczynkowe – Tęgoborze, Znamirowice, Zbyszyce, Bartkowa, Gródek nad Dunajcem, Tabaszowa, Rożnów, oferujące bazę noclegową oraz wodne atrakcje. Jezioro jest nie tylko popularną miejscówką wypoczynkową, ale posiada również liczne walory przyrodnicze. Stojąc nad brzegiem Jeziora w Bartkowej dostrzeżemy „Małpią Wyspę”, która jest rezerwatem ptaków (żyje tutaj 165 gatunków, w tym gatunki rzadkie). Rezerwat objęty jest zakazem wstępu, jednak zakaz przemieszczania się nie obejmuje ptaków, które czasem opuszczają wyspę i można  je spotkać na rozlewiskach na pograniczu Gródka i Bartkowej. Małpia Wyspa zwana jest również Grodziskiem, gdyż zanim spiętrzono wody Dunajca i utworzono Jezioro, była jednym z najwyższych wzniesień Pogórza Rożnowskiego, a na jej szczycie w XIV w. stał zamek.

Ogrody Sensoryczne w Muszynie

Kolejnym, ostatnim już punktem na liście najciekawszych miejsc Sądecczyzny, które odwiedzimy, są Ogrody Sensoryczne w Muszynie. Miejsce to najlepiej odwiedzić wiosna lub latem, gdyż wtedy można w pełni skorzystać z oferowanych atrakcji. A jest z czego korzystać. Ogrody Sensoryczne, zwane również Ogrodami Zmysłów, są miejscem relaksacyjno-wypoczynkowym, wykorzystywanym również do celów terapeutycznych i edukacyjnych. Ogrody w Muszynie podzielone są na 8 stref oddziałujących na poszczególne zmysły – węch, wzrok, dotyk, słuch i smak. Są to: strefa zapachu, w której nasze nozdrza wypełnia aromatyczna kompozycja zapachowa wydzielana przez specjalnie dobrane rośliny, strefa dźwięku, w której można wsłuchać się w szum drzew, szmer wody i śpiew ptaków, strefa smaku z drzewami owocowymi i krzewami, strefa wzroku, w której m.in. z wieży widokowej możemy nakarmić oczy pięknymi pejzażami Popradzkiego Parku Krajobrazowego. Pozostałe strefy to strefa zapachowo-dotykowa, strefa zdrowia z siłownią na świeżym powietrzu, strefa baśni i legend o Muszynie oraz strefa Afrodyty, w której nowożeńcy mogą sadzić rajskie jabłonie upamiętniające ich ślub.