Porto – po górach dolinach do wody i wina
Melancholia, samotność i fatum wystukiwane rytmem fado, smutek żon rybaków wypatrujących z niepokojem mężów niewracających z połowu, zimny wiatr znad oceanu łagodzący południowy skwar, piękno błękitnych azulejos, siła i radość płynąca ze słońca, palmy i piękna architektura, Duero, smaczna kuchnia i oczywiście wino. To wszystko ciśnie mi się na usta, kiedy myślę o Porto. I tak jak fado porusza głęboko skryte ciemne zakamarki mojej duszy, tak słońce odbijające się we wszechobecnych błękitnych kafelkach przynosi jej spokój i ukojenie. Porto jest dla mnie jak chłodny ożywczy deszczyk gaszący rozpaloną emocjami głowę. Nie jest ani smutne, ani nudne. Jest piękne i zaskakujące. I niebieskie. Wszędzie można spotkać piękne błękitno-białe kafelki. Podobno rzuciły urok nie tylko na mnie, ale i na portugalskiego króla Manuela I, który po wizycie w hiszpańskiej Alhambrze, zahipnotyzowany ich pięknem, polecił wykonać je w swoim pałacu i od tego czasu stały się nieodłącznym elementem Portugalii. Porto daje również okazję do ćwiczenia gracji i kondycji. Chociaż to nie Rzym, leży na wzgórzach i moje subiektywne odczucie mówi, że jest ich zdecydowanie więcej niż 7, a przynajmniej w ścisłym centrum. Jestem pełna podziwu dla miejscowych kobiet, które pokonują na szpilkach te wzgórza wyłożone śliską kostką brukową. Ja, pomimo sportowego obuwia, umordowałam się okrutnie, spacerując góra – dół w poszukiwaniu właściwego adresu, wciągając pod górkę walizkę, a potem pilnując, żeby nie sturlała się pociągając mnie za sobą.
Co warto zobaczyć w Porto
W Porto spędziłam 4 cudowne dni spacerując, upajając się słońcem i ciepłem pomimo listopada oraz zwiedzaniem najważniejszych zabytków. Z ręką na sercu mogę polecić odwiedzenie takich klasyków jak park Jardins do Palácio de Cristal, Kościół Igreja do Carmo z typowymi portugalskimi niebieskimi kafelkami, Praca de Lisboa, katedrę Sé, dworzec São Bento (o ten to robi wrażenie), Palacio da Bolsa. Warto również zobaczyć jedną z najsłynniejszych księgarni na świecie – Livraria Lello. Mnie nie udało się to, ale ze wstydem przyznam, że widok gigantycznej kolejki po bilety, skutecznie ostudził moją ciekawość i wybrałam kawę oraz ciasto pomarańczowe w pobliskiej kawiarni. O tym, że bilety można było zarezerwować przez Internet dowiedziałam się już po powrocie. Warto również skorzystać z przejażdżki starym tramwajem, kolejkami: linowo-terenową Funicular dos Guindais oraz linową Teleférico de Gaia, a także wyspinać się na Torre dos Clérigos – najwyższą w Portugalii wieżę kościelną – i podziwiać miasto z góry. Plażowicze oraz smakosze owoców morza i świeżo złowionych ryb powinni udać się do Matosinhos – gdzie znajduje się jedna z najpiękniejszych plaż w pobliżu Porto, ale również port, miasteczko rybackie i restauracje serwujące owoce morza. Można tam dotrzeć metrem i autobusem, więc nie stanowi to problemu, a moim zdaniem warto. I oczywiście obowiązkowo trzeba spędzić czas nad moją ukochaną Duero (port. Douro). Za dnia można rzucić okiem Ponte Luis I – dwupoziomowy most z kutego żelaza oraz przespacerować się wąskimi, lecz pełnymi uroku uliczkami rybackiej dzielnicy dzielnica Ribeira. Za to wieczorem usiąść nad jej brzegiem i zachwycać się lub w jednej z nabrzeżnych knajpek degustować lokalne wino.
Ile czasu potrzeba na zwiedzenie Porto
4 dni wystarczyły, żeby zobaczyć najważniejsze miejsca, ale moim zdaniem w Porto warto spędzić dużo więcej czasu – żeby poczuć atmosferę i nasycić się miastem, winem i miejscowym klimatem. Bo to miasto, chociaż miejscami biedne i zniszczone, jest piękne i rzuciło na mnie urok.
Za co pokochałam Porto
To miasto jest urocze. Mimo że bardzo często można spotkać opuszczone, zniszczone domy i kamienice, widać w nim ślad dawnej świetności. To miejsce w którym majestat spotyka się z biedą – wspaniałe kościoły i pałce z wąskimi uliczkami, przy których stoją ubogie domy rybaków. Zachwyciła mnie piękna architektura i wszechobecne niebieskie kafelki (azulejos). Urzekło mnie również to, że pomimo słońca i palm, kraj ten łączy temperament południowców z dystansem ludzi z północy. Gorącą krew chłodzi zimny wiatr znad oceanu, ale ludzie są bardzo gościnni, pomocni i mili. Ocean jest cudowny. Atlantyk jest zimny nawet w lecie, fale są mocne, więc czasem trudno pływać, ale listopadowe zanurzenie się w Atlantyku jest cudownym doświadczeniem, a zimne piwo w słoneczny dzień serwowane w rytm fal oceanu – bezcenne… Kiedy patrzę w bezkres błękitnych fal dopada mnie nostalgia fado. Czuję tęsknotę żon marynarzy wpatrujących się w horyzont i wypatrujących znajomych kształtów łodzi. Jednak nostalgia ta nie wypełnia mnie smutkiem, a daje mi coś, czego brakuje mi w codziennym, zagonionym życiu, dzielny pomiędzy pracą a obowiązkami, czyli spokój. Więc z radością wpatruję się w horyzont. A wiecie, co lubię najbardziej (nie tylko w Portugali)? Lubię zabytkowe miejsca, lubię podziwiać starą architekturę i myśleć o ludziach, którzy po tych kamieniach chodzili setki lat przed nami, ale największą radość sprawia mi, kiedy dostrzegam, że w tych zabytkowych miejscach ciągle tętni zwykłe, codzienne życie.




















