Miejscownik krajowy

Karmel, kruk i diabeł, czyli wizyta w Dolinie Eliaszówki

Kto lubi karmel łapka w górę! Ooo las rąk. No bo jak tu nie lubić karmelu. Głęboka słodycz, czasem przełamana słoną nutą, kremowa konsystencja, smak czule pieszczący kubeczki smakowe, poczucie szczęścia wywołane wybuchem endorfin, dopaminy i serotoniny pobudzonej sporą dawka cukru… Czujecie to? Ślinka cieknie? No to czas poskromić pobudzoną cukrem wyobraźnię, bo nie o ten karmel mi chodzi. Skojarzenie numer dwa – znacznie mniej popularne, ale jednak prawdziwe. Karmel – góra w północnym Izraelu, nad Morzem Śródziemnym, 546 m wysokości. To też nie ten Karmel, który mam na myśli, ale tym razem jesteśmy znacznie bliżej rozwiązania zagadki.

Karmel, podobno niezwykle piękna góra (nie byłam, więc nie mogę potwierdzić, ale tak mówią), zwana jest czasem Górą Eliasza, bowiem ściśle związana jest z osobą Proroka Eliasza, który jest jedną z kluczowych postaci dla wyznawców judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Postaci wywierającej głęboki wpływ nie tylko na sprawy wiary, ale również mającej odzwierciedlenie w sztuce, literaturze (m.in. główny bohater “Piątej góry” Paulo Coelho), a nawet geografii (Eliaszówka to m.in. góra w Beskidzie Sądeckim, wzgórze na Wyżynie Olkuskiej, niewielki potok w Małopolsce będący dopływem Krzeszówki, a także trochę większy na Słowacji, ukraińska wieś w obwodzie chmielnickim. Mamy jeszcze Dolinę Eliasza u stóp góry Synaj w Egipcie, Górę Eliasza – drugi co do wysokości szczyt Stanów Zjednoczonych, a także Przylądek Świętego Eliasza również w USA). To on w czasie suszy wymodlił deszcz ratując wiele istnień ludzkich, to on wiódł pustelnicze życie na górze Karmel i był karmiony przez kruka, to on w chwili śmierci został porwany ognistym rydwanem do nieba i to on, według tradycji, założył zakon karmelitów. W ten oto sposób, trochę okrężną drogą, dotarliśmy do miejsca, które jest celem naszej dzisiejszej wędrówki tj. rezerwatu przyrody Dolina Eliaszówki z zespołem klasztornym karmelitów bosych. Odwiedzimy XVII-wieczne zabudowania klasztorne, udamy się zaczerpnąć wody ze źródełka miłości oraz wybierzemy się na spacer z przygodami po zalesionych wzgórzach rezerwatu.

Zacznę od minusów, ale będzie to jedyny minus tej wycieczki. Trudno dotrzeć tutaj transportem publicznym, w związku z tym najlepszą opcją jest samochód lub rower. Jadąc rowerem od strony Krakowa należy wziąć pod uwagę, że można trochę się zmęczyć, bo nie jest to trasa po płaskim. Wiadomo, co kto lubi. Mnie do dziś czasem po nocach śni się wyprawa rowerowa, wprawdzie w inne miejsce, ale po tej trasie i przejazd przez wieś o smakowitej nazwie Brzoskwinia. Sen ten jednak nie ma nic wspólnego ze słodkim brzoskwiniowym smakiem, ale jest to zdecydowanie koszmar. Tym razem wybrałam samochód, ale po drodze mijałam rowerzystów i współczułam im z całego serca, ale jak mówię, co kto lubi. Na wybierających się samochodem czekają dwa dość duże parkingi pod klasztorem karmelitów w miejscowości Czerna.

Zostawiam samochód na parkingu i promieniach słońca na tle błękitnego nieba udaję się do bram klasztoru. Nawet jeśli nie kierują nami względy religijne warto tu wstąpić na chwilę, bo to XVII wieczny zabytek i kawał historii. Klasztor i kościół pod wezwaniem św. Eliasza został ufundowany przez wojewodzinę krakowską Agnieszkę z Tęczyńskich herbu Topór Firlejową. Wybudowany został w latach 1629-1640. To barokowy kompleks oparty na planie czworoboku i architektonicznie nawiązujący do hiszpańskiego Eskurialu (chociaż zdecydowanie mniejszy). Zabudowania klasztorne obejmują część zamieszkaną przez zakonników oraz wczesnobarokowy niewielki kościół (70x70m), zdobiony czarnym marmurem, w którym znajdują się trzy barokowe ołtarze: ołtarz główny z wizerunkiem Eliasza autorstwa nadwornego malarza króla  Zygmunta III Wazy Tomasza Dolabelli, ołtarz boczny z wizerunkiem Matki Boskiej Szkaplerznej, będący kopią obrazu Matki Boskiej Śnieżnej znajdującego się w rzymskiej bazylice Santa Maria Maggiore oraz ołtarz św. Teresy z Avila. Przed budynkiem zobaczymy również pomnik Eliasza oraz malutką fontannę z krukiem. Nie gołąb, nie orzeł, a kruk. Chociaż kruk budzi czasem negatywne skojarzenia, jest bardzo pozytywnym bohaterem historii Eliasza. Kiedy prorok ukrywał się przed czyhającym na jego życie królem Achabem, kruki przynosiły mu pożywienie – rano chleb, a wieczorem mięso.

Obok zabytkowego kompleksu klasztornego stoją nowoczesne budynki Domu Pielgrzyma, w których znajdują się dwa muzea: Muzeum Misyjne, które przeniesie nas na kilka chwil do Afryki oraz Muzeum Karmelitów, gdzie możemy poznać bliżej aspekty karmelitańskiego życia. Jego zwiedzanie nie zajmie dużo czasu, a można w nim wychwycić ciekawe kąski. Zanim jednak opowiem Wam, co najbardziej spodobało mi się w tym muzeum, kilka słów wprowadzenia na temat zakonu. Karmelici czyli Zakon Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, to zgromadzenie kontemplacyjne o surowej regule. To wspólnota osób, które chociaż mieszkają pod jednym dachem, prowadzą pustelniczy tryb życia oparty na medytacji, przebywają wśród ludzi, ale pielęgnują samotność i kładą duży nacisk na post. W początkach istnienie czernieńskiego klasztoru obowiązywała bardzo surowa reguła, która nakazywała braciom modlitwę, pracę fizyczną i milczenie. W muzeum znajdziemy rzecz, która najbardziej przypadła mi do gustu, tj. instrukcję znaków używanych zamiast słów (wprawdzie pochodzącą z żeńskiego klasztoru, ale bracia na pewno mieli podobny system komunikacji). Jak bez słów poprosić o światło? Wystarczy dmuchnąć w podniesiony do góry palec. A masło? Trzeba posmarować palcem rozłożoną dłoń.

Pora opuścić klasztorne mury i udać się na spacer po rezerwacie. Żeby nie zgubić się w lesie korzystam z oznaczonej na czerwono ścieżki historyczno-przyrodniczej zwanej Dróżkami Karmelitańskimi. Nazwa nie jest przypadkowa, ponieważ tereny obecnego rezerwatu stanowiły dawniej własność klasztoru i otoczone były murem, w związku z czym na liczącej niewiele ponad 3 km trasie można spotkać pozostałości klasztornych zabudowań. Ścieżka zaczyna się na przyklasztornym dolnym parkingu. Wchodzę do lasu i od razu ścieżka prowadzi mocno w dół. Niestety jest to dość krótki odcinek lasem i zaraz dochodzę do asfaltowej drogi, którą trzeba pokonać około pięćset metrów pilnując czerwonych znaków. Po drodze mijam kapliczkę św. Teresy od Dzieciątka Jezus z 1925 r.

Docieram do pierwszego przystanku na trasie – źródła św. Eliasza. Do czasów wydrążenia klasztornej studni, źródło dostarczało wody braciom, a dziś pełni trochę inną rolę. Zgodnie z legendą, każdy kto napije się wody ze źródła, będzie mieć szczęście w miłości. Jednak tutaj pojawia się problem. Na znajdującej się obok sadzawki tablicy widnieje informacja, że woda jest niezdatna do picia przez ludzi. W ten sposób spragnieni szczęścia w miłości po raz kolejny stają przed jakże życiowym dylematem: serce czy rozum. Serce z największą chęcią podjęłoby ryzyko, ale rozum mówi, że zdecydowanie nie warto. I kogo tu posłuchać? Do legendy nawiązuje kamienne ocembrowanie źródła w kształcie serca. Powyżej źródła dostrzeżemy kapliczkę św. Eliasza z 1848 r.

Źródło Eliasza kończy przygodę z asfaltem. Od tej chwili można w pełni korzystać z walorów przyrodniczych porośniętego lasem rezerwatu, który tworzy dolina z wąskim dnem, którym płynie potok Eliaszówka i stromymi zboczami. Jest i pod górkę i z górki, ale przed wszystkim jest zielono i pięknie, a szum drzew i świergot ptaków tworzą niesamowitą melodię. Wędrując lasem spotkamy buki, dęby i sosny oraz 200 gatunków roślin, w tym 24 będące pod ochroną. Trudniej będzie spotkać wyjątkowych mieszkańców, tj. trzy gatunki nietoperzy: podkowca małego, nocka dużego i nocka orzęsionego, za to  co jakiś czas natknąć można się na pozostałości klasztornego muru. Uwaga, miejscami bywa stromo, w związku z tym trasa zdecydowanie nie nadaje się na spacer z wózkiem i warto mieć przy sobie kije trekkingowe oraz obuwie z dobrą podeszwą.

Las od razu zdobył moje serce. Kiedy wspinałam się pod górkę, w pewnym momencie w oczy rzuciła mi się tablica ostrzegawcza, która mnie zaskoczyła i rozbawiła równocześnie i w związku z tym postanowiłam zrobić jej zdjęcie.

Zapewne z powodu euforii wywołanej długo wyczekiwanym słońcem i ciepłem oraz zachwytu spowodowanego otaczającą mnie zielenią, dopiero po kilkuset metrach dotarło do mnie, co  przeczytałam i gdzie się znajduję.  Spojrzałam na zegarek: 13:42. Za 18 minut się zacznie. Wystrzały w odkrywkowej Kopalni Wapienia  Czatkowice, koło której przebiega ścieżka. Przyznam szczerze, że padł na mnie blady strach. Ścieżki edukacyjnej nie znalazłam na żadnej z posiadanych w telefonie aplikacji z mapami i nie miałam pojęcia, jak dalej wiedzie szlak i ile czasu potrzebuję, żeby znaleźć się w bezpiecznym miejscu. W moim wnętrzu rozgorzała prawdziwa walka – wracać, czy iść dalej. Ponieważ było święto założyłam, że w kopalni raczej nikt nie pracuje, więc podjęłam ryzyko, ale mocno, oj mocno przyspieszyłam. Na szczęście było z górki.  W miarę upływu minut dzielących mnie od godziny 14 byłam coraz … bliżej kopalni, aż dotarłam do jej brzegów (mniej więcej o 13:55). Spotkany niedawno towarzysz podróży – strach – nie pozwolił mi na sesję zdjęciową. Tylko rzuciłam okiem i zrobiłam jedno zdjęcie. To szybkie spojrzenie uzmysłowiło mi, że chyba jednak nie pracują, bo jest całkiem pusto, ale z tyłu głowy błąkała się myśl, że może jednak są już w schronach.

Szybko ruszyłam w dalszą drogę i akurat zrobił się pod górkę. Po wykonaniu intensywnych ćwiczeń kondycyjno-wydolnościowych, minęła czternasta, syrena nie wyła i było znowu z ostro górki, a w lesie zaczęły pojawiać się kolejne ślady dawnego klasztoru:

Pozostałości Bramy Siedleckiej, stanowiącej przez trzysta lat główne wejście na teren klasztoru

Pozostałości dawnej furty klasztornej wzniesionej przy drodze do Siedlca. W jej wnętrzu znajdowały się kiedyś pokoje gościnne, stajnie oraz kaplica.

Docieram w końcu do strumienia Eliaszówka, którego dźwięk wabi mnie już od dłuższej chwili. Jest uroczo. Wsłuchuję się w huk wodospadu, karmię oczy zielenią i podziwiam resztki Diabelskiego Mostu. Zaraz, zaraz, co robi diabeł na poklasztornym terenie? Zgodnie z przewodnikiem po karmelitańskich dróżkach most ten nazywa się Mostem Pustelniczym, jednak tutaj pojawia się kolejna legenda. Podobno most ten w czasach świetności był tak piękną budowlą przypominającą rzymski akwedukt, że nazywano go Mostem Anielskim. Kiedy jednak nadgryziony zębem czasu mocno podupadł zaczęto go przezywać imieniem upadłego anioła. Dziś most jest ruiną, jednak w latach świetności miał 120 metrów długości, 9,5 m szerokości oraz 18 m wysokości.

Oczy nakarmione, uszy nasycone, to pora ruszać w dalszą drogę, ale gdzie jest szlak? Stoję nad brzegiem rwącego strumienia, most od dawna zniszczony, a innego przejścia nie ma. Trzy raz sprawdzam, czy na pewno jestem na szlaku. Jestem. Trzy razy sprawdzam, czy na pewno nie ma jakiegoś znaku, jak znaleźć się po drugiej stronie. Nie ma. Pozostaje albo zawrócić albo przeprawić się przez strumień. Zapewne, gdyby w wyniku panującej wcześniej deszczowej pogody strumień nie nabrał głębokości i wartkości, można by to zrobić po kamieniach, jednak w tych warunkach jest to niemożliwe. Pozostaje przejście po pniu leżącego drzewa łączącego oba brzegi. Powalone drzewo nad wąwozem, metr pod nim rwący strumień i ja z rosnącą paniką w oczach, a dokoła żywego ducha. Są ludzie, na których takie rzeczy nie robią wrażenia, ale ja nie lubię wąskich kładek bez poręczy, a co dopiero zwalonych drzew bez poręczy. Wyobraźnia od razu płata mi figla i widzę się z połamanymi kończynami na dnie, co zdecydowanie nie ułatwia przejścia. Na moje szczęście nad przeprawą przez strumień jednak czuwają anioły. Na drugim brzegu pojawiły się trzy żywe duchy – rodzina z dzieckiem – i tata z synkiem postanowili przeprawić się na drugi brzeg. Mama zdecydowanie odmówiła udziału w tej przygodzie, ciekawe dlaczego 😉  Skorzystałam z tej anielskiej pomocy i zesłanego silnego męskiego ramienia, za co panu z tego miejsca jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję 😀

Pozostało mi tylko wspiąć się po skarpie w górę i moje nogi dotknęły asfaltu przed wejściem do klasztoru. Trasa zajęła mi około 1,5 godziny. Raz bardzo wolno, raz w pośpiechu. Pewnie można byłoby ją pokonać szybciej, tylko po co.