Caminowe miasteczka
Ciemne okulary osłaniają moje oczy przed ogromną ilością światła, patrzę na skąpane słońcem ulice, palmy, fontanny. Czuję błogość, kiedy ciepłe promienie słońca delikatnie pieszczą każdy milimetr mojej twarzy. Siedzę na ławeczce, chłonę upał, wytwarzam gigantyczne ilości witaminy D i cieszę się tym, że siedzę wygodnie i nic nie muszę. Zaraz, zaraz, to nie ta bajka. Wprawdzie jesteśmy w Hiszpanii, ale z punku widzenia przeciętnego Polaka, tej mniej typowej. Jest tutaj zdecydowanie mniej słońca i zdecydowanie więcej deszczu, niż w naszych skojarzeniach z Hiszpanią. Temperatura również znacznie odbiega od tej z południa kraju. Zacznę więc tę opowieść jeszcze raz.
Nie ma palm, ale zamykam oczy, a słońce delikatnie pieści moją twarz. Nie ma upału, ale jest przyjemnie ciepło. Siedzę wygodnie na ławeczce i delektuję się chwilą, w której nic nie muszę, a przede wszystkim nie muszę iść. Szczęśliwe nogi, czują ulgę od marszu i wypoczywają, szczęśliwy brzuch trawi powoli przepyszną ośmiornicę podaną z ziemniakami, a w szczęśliwej głowie delikatnie szumi lokalne wino. Siedzący obok mnie na ławeczce towarzysz trzynastodniowej wędrówki unosi rękę, żeby osłonić twarz przed słońcem, a mijająca nas Hiszpanka bierze ten ruch ręki za gest powitania. Wygląda na to, że niewiele potrzeba, aby tutaj zawrzeć nowe znajomości.
Grandas de Salime
Jesteśmy w Grandas de Salime – niewielkim, ale urokliwym asturyjskim miasteczku zamieszkałym przez niecałe 1000 osób. To jedno z wielu niewielkich miasteczek na Camino Primitivo, niewielkie, ale z kilkusetletnią historią i charakterystyczną kamienną zabudową. Nie ma tu wiele do zwiedzania, ale po całym dniu na szlaku jest to bardzo przyjemna miejscówka. Są sklepy, lokalne restaurację, pewnie nie zasługujące na żadną gwiazdkę Michelin, ale za to z dobrym jedzeniem i lokalnym klimatem. Siadamy w ogródku jednej z nich. Ja w słońcu, mój towarzysz w cieniu. Zamawiamy napoje. Biorę wino stołowe, które tutaj serwuje się „po domowemu” – w szklance. Nikt nie przejmuje się kieliszkami, czy też elegancką zastawą. Sąsiednie stoliki powoli zajmowane są przez coraz większą liczbę osób, kosztujących przysmaków lokalnej kuchni. Nieziemski zapach i wypite wino pobudza apetyt, więc i my decydujemy się coś zamówić. Kelner poleca dwa lokalne dania – krokiety znane nam z innych części Hiszpanii i ośmiornicę po galicyjsku. Wprawdzie jeszcze jesteśmy w Asturii, ale jutro wkraczamy do Galicji, prowincji w której na stołach króluje ośmiornica. Nie chcemy więc czekać do jutra i już dziś decydujemy się na degustację. Za chwilę staje przed nami parujące danie w wersji „dla dwóch” (podawanie dań do podziału pomiędzy kilka osób jest tutaj często stosowaną praktyką) w towarzystwie drugiej porcji wina. Mam wrażenie, że kelnera okazał gest i w mojej szklance pojawiło się więcej wina niż wcześniej. Kiedy idę płacić przy barze rozkojarzenie kelnera pozwala przypuszczać, że sam również gasił pragnienie czerwonym napojem. Najedzeni ruszamy na spacer po miasteczku, kamienne uliczki, kamienne budynki, kamienny kościół zbudowany w XII w. i znacznie rozbudowany w późniejszych stuleciach ( XVII, XVIII i XIX).
Jednak główną atrakcją, która ściąga w te okolice również turystów nie wędrujących do Santiago jest znajdująca się poza granicami miasteczka zapora Embalse de Salime. Wybudowana w latach 50-ty XX wieku ma pojemność 265,60 hm³ i jest wykorzystywana głównie jako hydroelektrownia, chociaż wykorzystywana jest również w celach rekreacyjnych. Powierzchnia zajmowana przez wody wynosi 685 hektarów, a tama typu grawitacyjnego ma 128 metrów wysokości. Przez zaporę przebiega autostrada AS-14. W celu budowy zapory konieczne było zalanie 1995 gospodarstw rolnych, 25 360 drzew drzewnych, 13 800 drzew owocowych i 5000 metrów winorośli, a także nieuprawnych zboczy, gospodarstw, zagród, ośmiu mostów, pięciu kościołów, kilku kaplic i czterech cmentarzy.




Wioski i miasteczka
Caminowe miejscowości. Miasta, miasteczka, wsie, osady. Cały przekrój. Od miast powodujących zawrót głowy swoim majestatem architektonicznym i tysiącami lat historii, przez zwykłe małe miasteczka, aż po niezwykłe wioski i osady złożone z dwóch, trzech domów. Wioski i osady – dla miejscowych pewnie całkiem normalne i nudne, jednak dla mnie niezwykłe, bo zdecydowanie inne niż te, które odwiedzam w Polsce. Asturyjskie stare wioski zbudowane są z kamienia. Nasze polskie drewniane, kryte słomą, gontem, a później także eternitem chaty, bielone lub malowane na niebiesko tworzą zupełnie inny klimat, coraz bardziej pochylają się ku ziemi i odchodzą do historii. Drewno ma ograniczoną datę przydatności do użycia. Na asturyjskiej wsi drewna prawie nie widać, za to króluje kamień. Kamienne domy i domki, zabudowania gospodarcze, płoty. Jedne zadbane i zamieszkane, inne porzucone i nadgryzione zębem czasu, chociaż powoli niszczeją, to jednak ciągle trwają. Wioski te mają swój urok. Wąski uliczki, kamienne budowle, mijani prości ludzie, pasące się zwierzęta, można poczuć się jakby jakiś wehikuł czasu przeniósł nas 100 lat wstecz. Trochę jak wizyta w skansenie, ale takim w którym jeszcze ciągle toczy się życie. Jeszcze bo widać, że młodzi zdecydowanie ciągną do miasta, bo co robić w tej asturyjskiej górskiej wiosce, w której często pada, a jak pada to nawet Internet stąd ucieka. Dlatego w starych wsiach widać dużo opuszczonych domów. Była też całkiem opustoszała wioska Montefurado i wejście do niej stanowiło niezwykłe przeżycie. Było to trochę tak jakby wejść na plan historycznego filmu, w którym na dziś zakończono kręcenie zdjęć. Aktorzy rozeszli się już do swoich domów, a na miejscu została scenografia. Porzucone domostwa, opustoszałe zagrody, puste wąziutkie uliczki, na którym czujemy się, jak przeniesieni kilka wieków wstecz. Tylko patrzeć jak zaraz wyłoni się ekipa Robin Hooda, albo pojawi się tajemniczy jeździec w czarnej masce. Oczywiście są też nowe wioski i domy, zadbane, ale mijam ich zdecydowanie mniej, a może po prostu mniej zapadają w pamięć, bo nie ma nich cienia oryginalności. Nowoczesny standard.




Oviedo
Stolica prowincji Asturia, początek szlaku i miejsce w którym zaczęło się to całe caminowe, trwające już ponad tysiąc lat wędrowanie. Stąd wyruszył pierwszy pielgrzym do Santiago de Compostela – król Alfons II, którego pomnik znajduje się przed katedrą San Salvador i stąd ciągle wyruszają setki pielgrzymów rocznie. Na ulicach błyszczą złote muszle wskazujące drogę do Santiago, a w powietrzu unosi się zapach cydru.
Zanim pomyślałam o Camino, miasto to kojarzyło mi się z filmem. Jednym z tych, który obejrzałam nie raz i do którego chętnie wracam. Vicky, Cristina i Barcelona. Wbrew nazwie znalazło się w nim również miejsce dla Oviedo. Dziś kojarzy mi się również z Camino i cydrem.
Miasto posiada ciekawą starówkę, której zabytki wpisane są na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, jednak posiada również mniej zabytkowe dobro, którym się szczyci, a którym jest cydr. O gustach się nie dyskutuje, o smakach też nie, ja zdecydowanie wolę wino, jednak być w Oviedo i nie skosztować cydru to trochę tak jak być w Rzymie i nie zobaczyć papieża. Oviedo i cała Asturia słyną z produkcji cydru, a ulica Gascona w Oviedo zwana jest cydrowym bulwarem. Jest tutaj pełno lokali specjalizujących w serwowaniu tego trunku, któremu towarzyszy specjalny rytuał. Kelner stawia na stole butelkę z cydrem i szklaneczki, ale nie rozlewa się go samemu. Każda szklaneczka uzupełniania jest przez kelnera, który napełnia ją lejąc napój z wysokości kilkudziesięciu centymetrów, a ciecz odbijając się o ścianki szklanki musuje. Według tradycji szklaneczkę należy opróżnić zanim opadną bąbelki.






Grado
Niewielkie miasteczko, jednak niezwykle kolorowe. Od pierwszego spojrzenia wzbudziło mój zachwyt. Nie tylko mój, bo zabytkowy kompleks Grado został uznany za obiekt dziedzictwa kulturalnego.
Patrząc na historię Hiszpanii miasteczko stosunkowo młode, bo założone dopiero w połowie XIII wieku, a jego powstanie zawdzięczamy św. Jakubowi. Król Alfons X Mądry, w trosce o coraz liczniejsze grupy pielgrzymów zmierzających do grobu Apostoła, zezwolił na założenie tej miejskiej osady na trasie Camino de Santiago, aby służyć wsparciem wędrowcom i pełni ono tę funkcję do dziś.
W Grando natkniemy się również na przykład architektonicznej perełki jaką są hiszpańskie “casas indianas”, czyli indiańskie domy. Nie, nie spotkamy tutaj na ulicach indiańskich wigwamów czy tipi, jakie pewnie przychodzą na myślę wszystkim pasjonatom Winnetou, ale możemy spotkać śliczne domy zainspirowane architekturą kolonialną. Koniec XIX w. to dla wielu Hiszpanów czas emigracji za wielką wodę, na teren hiszpańskich kolonii, w poszukiwaniu bogactwa i szczęścia. Ci którzy niekoniecznie zdobyli szczęście, ale na pewno zdobyli bogactwo, wracali do Hiszpanii i budowali sobie domy nawiązujące architektonicznie do wielkiej zamorskiej przygody.


Lugo
Dziś czwarte co do wielkości miasto hiszpańskiej Galicji o imponującej historii. Założone przez Celtów, podbite i rozwijane przez Rzymian, zniszczone przez Swebów i Wizygotów, odbudowane przez Hiszpanów, do dziś nosi ślady dawnej świetności. Prawie stutysięczne miasto zbudowane na stromym wzgórzu, 465 m n.p.m, w którym mieszkańcy urządzają sobie jogging po grzbiecie murów obronnych. Ot taki kaprys. Zachowane do dziś, wzniesione przez Rzymian gigantyczne mury obronne (2 117 m długości, od 10 do 15 m wysokości z 10 barmanami i furtkami, 71 wieżami obronnymi oraz łaźniami publicznymi) są nie tylko wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ale są również miejscem spacerowym dla turystów i mieszkańców. Można spacerować, można biegać, można i odpoczywać siedząc na ławeczkach lub murku i patrzyć z góry na miasto. A jest co podziwiać. XII wieczna katedra św. Marii, wzorowana na katedrze w Santiago de Compostela, łącząca w sobie różne style architektoniczne, od romańskiego po klasycystyczny, barokowy Pałac Arcybiskupi i również barokowy ratusz, szerokie palce, wąski uliczki. Wszystko pełne piękna, majestatu i granitu. Miłośników jedzenia pewnie zainteresuje fakt, że stare miasto skrywa w swoim wnętrzu wiele barów i restauracji, w tym jedne z najlepszych w całej Hiszpanii, serwujące najlepsze mięsa i sery.



