Podróżnik zagraniczny

Szlakiem muszli i strzałki

Zabieram Was ze sobą w długą podróż. Z jednej strony będzie to klasyczny trekking, 12 dni z plecakiem, wędrowanie od schroniska do schroniska, po górach, lasach i asfalcie. Z drugiej strony będzie to wędrówka niezwykła, bo po drodze, którą od ponad tysiąca lat przemierzają tysiące stóp. Wędrówka po tej zaskakującej części Hiszpanii, w której bywa zimno i pada deszcz, a czasem nawet śnieg. Wędrówka szlakiem, po którym prowadzić będzie nas żółta muszla i żółta strzałka. Jesteście gotowi? To raz, dwa, trzy zamykamy oczy i lecimy do Oviedo, aby wyruszyć w podróż szlakiem muszli i strzałki, czyli Camino Primitivo.  Najpierw jednak kilka słów wyjaśnienia, czyli o co chodzi z tym całym Camino.

Zaczniemy trochę jak w bajce, bo o początkach miejsca, do którego zmierzamy, opowiadają legendy. Dawno, dawno, temu w Padrón, wiosce położonej w północno-zachodniej części Hiszpanii, odbywało się wesele. Pan młody, jak to na weselu bywa, zachwycał się świeżo poślubioną małżonką oraz czujnym okiem doglądał, czy niczego nie brakuje gościom. Nagle dostrzegł zbliżającą się rzeką łódź otoczoną aniołami. Wiedziony ciekawością dosiadł konia i udał się w stronę brzegu. Mimo, że był już bardzo blisko nie dostrzegł nikogo na łodzi. Podszedł bliżej. Kiedy końskie kopyta dotknęły wody gwałtowne fale zalały i konia jeźdźca. Na szczęście po chwili oboje wynurzyli się z wody oblepieni białymi muszlami przegrzebków. Kiedy łódź osiadła na kamieniu, ten przemienił się w sarkofag i ukrył w swym wnętrzu tajemniczą zawartość łodzi, którą było ciało Apostoła Jakuba zwanego Większym. Dokładnie w tym samym momencie pojawiły się dzikie byki, które zaczęły ciągnąć sarkofag i przetransportowały go  w pobliże miasta Ir¡a, gdzie doczesne szczątki Apostoła spoczęły w pokoju. To jednak nie koniec tej historii, bo nadeszły czasy prześladowania chrześcijan i wierni, obawiając się zbezczeszczenia grobu, ukryli  go w miejscu, o którym z czasem wszyscy zapomnieli. Dopiero kilkaset lat później  pustelnik Pelayo (zwany również Pelagiusem), obserwując wieczorne niebo, ujrzał deszcz gwiazd spadających na pobliskie pole. Zaintrygowany tym niezwykłym zjawiskiem udał się na to miejsce i odnalazł zapomniany grobowiec Apostoła. Jakub to po hiszpańsku Santiago, z kolei pole gwiazd to po łacinie „campus stellae” –  dlatego z czasem miejsce to zaczęto nazywać “Jakubem z pola gwiazd” czyli Santiago de Compostela.

Tyle mówią legendy. Prawda jest pewnie bardziej skomplikowana, ale jak było naprawdę trudno jednoznacznie stwierdzić. Według wiedzy posiadanej przez historyków św. Jakub prowadził działalność misyjną na terenie hiszpańskiej Galicji, po czym wrócił do Jerozolimy, gdzie poniósł śmierć męczeńską. Jego ciało zostało sprowadzone i pochowane w Galicji. Kiedy w III wieku nadeszły czasy prześladowania chrześcijan w Cesarstwie Rzymskim, które obejmowało te tereny, sarkofag został ukryty. Pewnie z czasem miejsce schronienia utonęło w mrokach niepamięci, bo dopiero w 813 r. zostało przypadkowo odnalezione. Gdy o odkryciu grobowca Apostoła dowiedział się asturyjski król Alfons II ufundował w tym miejscu kościół, a kiedy budowa została zakończona, udał się tam w pielgrzymce. Od tego czasu miejsce to stało się jednym z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych  (po Rzymie i Ziemi Świętej) średniowiecznej Europy i jest nim do dziś. W dalszym ciągu do grobu św. Jakuba przybywa rocznie kilkaset tysięcy osób (w 2023 r. było to 446 tys. osób, w 2022 r. – 438 tys.).  Jedni pieszo, inni na rowerach, rzadziej konno lub statkiem. Powody dzisiejszego pielgrzymowania są różne. Zdecydowana większość osób decyduje się wyruszyć w drogę ze względów religijnych. Dla innych jest to po prostu szlak długodystansowy. Są też tacy, którymi kieruje chęć przeżycia niezwykłej przygody, chęć zwiedzania… Ilu ludzi, tyle motywów.

Szlaków prowadzących do Santiago jest kilka. Niektóre prowadzą z Hiszpanii, inne zaczynają się poza jej granicami. Wśród tych licznych dróg jest również droga polska, jednak biorąc pod uwagę dystans dzielący Polskę i Hiszpanię to wyzwanie tylko dla mistrzów. Bez względu na to, skąd idzie i które prowadzi Camino, szlak oznakowany jest żółtą muszlą i wskazującą kierunek żółtą strzałką.

Spośród wszystkich dróg prowadzących do Santiago wybrałam Camino Primitivo, czyli tzw. Drogę Pierwotną. To prawie dokładnie ta sama trasa, którą 1200 lat przede mną pokonał pierwszy pielgrzym. Mówi się, że Primitivo jest trasą najbardziej wymagającą. Trudno mi to ocenić, bo innych (jeszcze?) nie znam, ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że jest szlakiem pięknym. Ta licząca trochę ponad 300 km trasa wiedzie przez dwa regiony Hiszpanii: Asturię i Galicję, przez tereny zielone, przez góry, lasy i doliny, miasta, miasteczka i osady składające się dosłownie z kilku domów i łączy ze sobą dwie katedry: tę z Oviedo i tę z Santiago de Compostela.

Przed wyruszeniem w drogę warto zaopatrzyć się w dwie rzeczy, który przydadzą się nam podczas wędrówki. Pierwsza to credencial czyli paszport pielgrzyma – to taka książeczka, w której zbiera się pieczątki potwierdzające przebycie szlaku. Jest to dokument obowiązkowy, jeśli u celu naszej podróży chcemy otrzymać oficjalne potwierdzenie ukończenia szlaku, czyli tzw. compostelę (otrzymuje ją każdy kto udokumentuje przebycie co najmniej 100 km). Drugim przedmiotem, który warto mieć ze sobą, jest tzw. muszla jakubowa, czyli muszla przegrzebków. Muszla nie jest obowiązkowa, ale stanowi symbol pielgrzymowania i znak rozpoznawczy, po którym rozpoznają się ludzie wędrujący do Santiago. 

Obie rzeczy możemy nabyć w schroniskach, biurach informacji turystycznej oraz w katedrze w Oviedo. Zdecydowanie warto udać się do katedry, bo jest piękna – gotyk z elementami baroku i renesansu, prostota kamienia połączona z charakterystycznym dla Hiszpanii przepychem ołtarzy. Oprócz pięknej bryły i przykuwającego uwagę wnętrza, katedra skrywa w sobie jeszcze jeden skarb, którym jest tzw. chusta z Oviedo.  Według tradycji jest to chusta, w którą została owinięta twarz Jezusa przed złożeniem do grobu (czyli przedmiot o takiej samej wartości jak zdecydowanie bardziej słynny Całun Turyński).

Szlak rozpoczyna się na placu przed katedrą, w pobliżu pomnika pierwszego pielgrzyma. Tam, pod czujnym okiem króla Alfonsa II, znajdujemy pierwszą muszlę oraz wtopioną w chodnik tabliczkę informującą o rozpoczęciu szlaku. Spotykamy również pierwszych pielgrzymów. Witamy się tradycyjnym pielgrzymim pozdrowieniem „Dobrej drogi”(„Buen Camino”), po czym ruszamy w trasę. Przejście szlakiem przez ulice Oviedo przypomina trochę grę w podchody, a odnajdywanie muszli na ulicach dużego miasta wymaga spostrzegawczości. Zwłaszcza kiedy pada deszcz, a deszcz w Asturii i Galicji to coś normalnego. Na szczęście z pomocą przychodzą „caminowe” aplikacje oraz mieszkańcy Oviedo, którzy na widok błądzących pielgrzymów, sami wychodzący z inicjatywą pomocy. To moje pierwsze spotkanie z hiszpańską życzliwością, której podczas tej wędrówki nie jeden raz doświadczę.

Skoro już mowa o deszczu, to deszcz powitał nas na lotnisku, deszcz towarzyszył nam pierwszego wieczoru w Oviedo oraz degustacji lokalnego specjału – cydru i deszcz był naszym towarzyszem podczas pierwszego dnia wędrówki. Zamiast słynnego hiszpańskiego słońca i błękitu nieba, szarość, chłód i spadające z nieba krople. Palm też jak na lekarstwo, zamiast tego eukaliptusy, kasztanowce, dęby. Pogoda i roślinność bardziej przypomina Polskę, niż tę która kojarzy się wszystkim z Hiszpanią. Mimo to idziemy naprzód. Pod stopami asfalt, ale okolica powoli traci miejski charakter. Na horyzoncie majaczą góry pokryte warstwą chmur. Po opuszczeniu Oviedo zrobiło się bardziej pusto. Zaczynamy mijać pojedyncze zabudowania, pasące się stada krów, konie i osły, wszystko spowite lekką mgłą. Szlak prowadzi nas pod górę, potem w dół, potem znowu pod górę i tak z małymi wyjątkami  będzie przez kolejne 11 dni. Zmieniać będzie się tylko podłoże pod stopami, stopień nachylenia i wysokość do pokonania. Pogoda też stanie się lepsza, póki co jednak idziemy w deszczu. Towarzyszy nam myśl o kawie, albo o odpoczynku pod dachem, jednak póki co mijane bary są zamknięte – jest jeszcze za wcześnie. Nadszedł jednak czas na pierwszy camionowy obiad. Przepyszna zupa z ciecierzycy, kotlet z kurczaka z frytkami i towarzystwo przemiłego właściciela lokalu. „Skąd jesteście? Z Polski. O z Polski. Byłem w zimie przez tydzień w Polsce. Znam trzy zwroty po polsku: małe piwo, duże piwo, dziękuję. Ale jak to możliwe, że Ty, Polka, znasz tak dobrze hiszpański” (cóż, w porównaniu z jego znajomością polskiego, mój hiszpański wypada świetnie). „Lubię Hiszpanię, to piękny kraj, w którym jest tak dużo słońca”. „O tak, jest bardzo słonecznie”, żartujemy wpatrując się w spadające z nieba z dużą intensywnością krople. Mamy jeszcze problem z zapłaceniem rachunku kartą („W Asturii nie ma Internetu, kiedy pada deszcz”), po czym ruszamy dalej.

Około 18, zmęczeni, bardziej deszczem niż drogą, docieramy do schroniska i po raz pierwszy próbujemy naszej caminowej noclegowej codzienności. Schronisko ładne i zadbane. Pani z recepcji wskazuje nam piętrowe łóżko w sali, w której tych łóżek jest 6, czyli śpi 12 osób. Mamy też wspólną łazienkę, którą dzielimy z wszystkimi nocującymi w schronisku pielgrzymami. Uczymy się zasad. W salach sypialnych obowiązuje cisza, a wszelkie dyskusje prowadzimy w salach jadalnych. Tak jest w każdym schronisku i przestrzeganie tych zasad nie stanowi dla nikogo problemu. Jednak cisza ciszą, a chrapanie chrapaniem i wszelkie inne nocne odgłosy, odgłosami. Sale wypełnione dwunastoma śpiącymi osobami przemieniają się nocami w muszle koncertowe, w których odgrywana jest swoista muzyka. Stopery do uszu to niezwykle cenna pomoc dla wrażliwych.

Życie schroniskowe w każdym miejscu wygląda podobnie, jednak standard samych schronisk jest różny. Jedne bardzo dobrze utrzymane, z porządnymi łazienkami, z szafkami zamykanymi na kluczyk, przypominającymi te spotykane na siłowniach, w których można zamknąć cenne rzeczy, inne zdecydowanie gorszej jakości. Wszędzie dostawaliśmy jednorazowy komplet flizelinowej pościeli, którą można było oblec materac i poduszkę (zwykle jedno i drugie powleczone gumową warstwą, więc bez pościeli byłoby ciężko). Wszędzie były też dostępne koce, ale prawie każdy wolał spędzić noc schowany we własnym śpiworze. Koło każdego łóżka było gniazdko, więc nie było problemu z ładowaniem telefonów. Za to zdecydowanie brakowało miejsca, w którym można byłoby rozłożyć rzeczy. Wszystko, co zostało wyjęte z plecaka, musiało zostać od razu spakowane, bo każdą wolną powierzchnię (z reguły barierki łóżka) zajmowały schnące ręczniki, wilgotne od deszczu lub potu ubrania i rzeczy „na rano” – przygotowane zawczasu, żeby zebrać się sprawnie i nie budzić współspaczy zbędnym hałasowaniem.

Prawie każdego dnia opuszczamy mury schroniska przed świtem. We wrześniu słońce wstaje tutaj około 8. Jeżeli schronisko nie ma w ofercie śniadania, a zwykle nie ma, to pierwsze kroki kierujemy do baru lub piekarni. Opiekane kanapki z lokalną szynką i serem, tosty z dżemem, croissanty, babeczki, magdalenki – z reguły albo coś na ciepło, albo na słodko, albo na ciepło i słodko – żeby dostarczyć organizmowi niezbędnej energii do marszu. Na szczęście na trasie są sklepy, bary lokalne, bary ewidentnie nastawione na pielgrzymów, a także stojące przy drodze automaty z kanapkami i napojami. Zdarzały się też miejsca, czasem niepilnowane przez nikogo, w których na stoliku leżały owoce i napoje – można było się po prostu poczęstować (dając w zamian lub nie dając drobne “co łaska”). W początkowej, asturyjskiej i górzystej części trasy było ich mniej, w Galicji zdecydowanie więcej, jednak zawsze (oprócz jednego w pełni górskiego dnia) było gdzie zaspokoić głód i pragnienie. Dzięki temu można było ograniczyć do minimum ilość niesionego prowiantu i w ten sposób ograniczyć wagę i tak wypchanych plecaków (chcieliśmy w pełni poczuć pielgrzymi trud, więc nie korzystaliśmy z usługi przewożenia bagażu pomiędzy schroniskami). 

Być może w nagrodę za  nasz wysiłek, a może po prostu jako zachętę do marszu, przyroda każdego dnia fundowała nam niesamowity spektakl. Noce zwykle były chłodne, a czasem wręcz zimne, poranki mgliste, ale po południu przez większość dni pojawiało się słońce. Różnice w godzinach wschodów i zachodów słońca w stosunku do polskiego czasu sprawiły, że wyrobiłam życiową normę podziwiania wschodów słońca w niesamowitych okolicznościach przyrody. Mgły dodawały uroku i aury tajemniczości drogom, na których stawiałam stopy, mijanym osadom oraz roztaczającym się dookoła górom. Jesień zaczynała powoli malować swoimi kolorami pola i lasy. Mijaliśmy uprawy kukurydzy, plantacje kiwi, stada pasących się krów i koni. Zdarzały się takie chwile, kiedy po prostu wchodziliśmy za ogrodzenie (bo tak prowadził szlak) i szliśmy przez łąki pełne pasących się zwierząt, pilnując tylko (zgodnie z zamieszczoną na płocie prośbą gospodarza), żeby zawsze zamykać bramę.

Szlak jest bardzo dobrze oznakowany za pomocą słupków z muszlą i strzałką (a w Galicji również dokładnym dystansem dzielącym od katedry w Santiago), samych muszli lub samych namalowanych żółtych strzałek. Do rzadkich wyjątków należały miejsca, gdzie nie było wiadomo, którędy iść.  Wędrując górzystą dziką Asturią zachwycaliśmy się widokami, wspinaliśmy się na strome wzgórza pokryte wiatrakami (energia odnawialna jest w Hiszpanii bardzo popularna), mijaliśmy zadbane miasteczka, ale i osady w których były dwa, trzy kamienne domy i zabudowania gospodarcze. Część budynków zaniedbana, niszczejąca, opuszczona. Widać, że większość uciekła do cywilizacji, do miasta. Pewnego dnia przeszliśmy przez zupełnie opuszczoną przez mieszkańców osadę, w której jedynymi żywymi istotami (oprócz oczywiście innych pielgrzymów) były pasące się krowy. W Galicji zrobiło się trochę nudno. Było dalej zielono, zdecydowanie bardziej płasko, ale z horyzontu zniknęły góry i nie było na czym oka zawiesić. Za to było zdecydowanie więcej miasteczek i dużych miast (a co za tym idzie miejsc, w których można było zjeść i odpocząć). Tutaj też bardziej rzucały się w oczy budowle przypominające o długiej historii Hiszpanii, w tym o czasach kiedy była częścią Imperium Rzymskiego.

Camino to nie tylko przyroda i widoki, ale przede wszystkim ludzie – zarówno ci miejscowi, jak i spotykani w drodze wędrowcy. Jedną z rzeczy, która urzekła mnie na tym szlaku, była niesamowita życzliwość miejscowych ludzi. Wędrując po polskich górach turyści zwykle witają się ze sobą, chociaż zwyczaj ten niestety zanika. Na Camino również wymiana pozdrowień “Hola”, “Hello” i “Buen camino” z każdą ze spotkanych osób to standard. Przywitałam się chyba z każdym mijanym pielgrzymem (czasem nawet kilka razy dziennie z tą samą osobą), z wieloma zamieniłam chociaż kilka słów, z niektórymi odbyłam całkiem długie rozmowy. Jednak wymieniałam również niesamowitą ilość pozdrowień z mieszkańcami miasteczek i wiosek, którzy witali nas z uśmiechem i życzyli “Buen camino”. Zdarzyło mi się dostać owoce, zarówno w sklepie, jaki i od mijanego gospodarza zbierającego brzoskwinie z drzewa, gratisowy kieliszek wina w barze, a zakupiona dodatkowa butelka wody została uznana za część obiadu i nie trzeba było za nią płacić. Zdarzyło mi się również kupować bluzę i dostać w gratisie podkoszulek, bo pani sprzedawczyni zauważyła, że ten co mam na sobie, jest mokry. Pisząc o ludziach nie sposób pominąć tych, z którymi dzieliłam mój pielgrzymi, tułaczy los. Primitivo nie należy do obleganych szlaków, jednak nawet jeśli idzie się w pojedynkę, nie jest się osamotnionym. Wędrują młodzi i starsi, a czasem nawet całkiem wiekowi (tak na oko mocno po siedemdziesiątce), z Hiszpanii, z Europy, z całego świata. Zwykle idą dwójkami, trójkami, czasem w większej grupie,  czasem samotnie, a czasem z psami. W pojedynkę wędrują zarówno kobiety, jak i mężczyźni, bez względu na wiek. Bo na Camino, nawet jeśli przez dłuższą chwilę nikt koło ciebie nie idzie, za chwilę kogoś spotkasz i nigdy nie jesteś sam. Dużo osób wspominało, że na szlaku jest sporo Polaków. Może to być prawda, bo w jednym ze sklepów w Santiago, pani ekspedientka spytała nas skąd jesteśmy, a jak dowiedziała się, że z Polski, to ciężko westchnęła, pomyślała chwilę i powiedziała do nas całkiem poprawną polszczyzną „ciasto migdałowe”. Doceniłam wysiłek językowy tej dzielnej niewiasty, która zmierzyła się z naszą trudną mową i wyszłam ze sklepu z ciastem, oczywiście migdałowym, no bo jak w takiej sytuacji nie kupić. Nieraz w Hiszpanii czy Portugalii sprzedawcy stosowali na mnie chwyt “na Lewandowskiego” (aaaa jesteś z Polski. Lewandowski!!! :D), ale “ciasto migdałowe” zdarzyło mi się po raz pierwszy.

Na koniec jeszcze tylko trochę konkretów dla tych, którzy chcieliby spróbować własnych sił.

Trasę podzieliliśmy na 12 etapów:

1. Oviedo – Grado 26 km

2. Grado – La Espina  31 km

3. La Espina – Borres    27  km

4. Borres – Berducedo (wariant przez Hospitales) 24 km

5. Berducedo – Grandas de Salima      20 km

6. Grandas de Salima – A Fonsagrada 26 km

7. A Fonsagrada – Baleira 25 km

8. Baleira  – Lugo 30 km

9. Lugo – Ferrera 27 km

10. Ferreira – Boente    26 km

11. Boente – O pedrouzo 28 km

12. O pedrouzo – Santiago de Compostela      20  km

Są dostępne różne aplikacje i strony internetowe ułatwiające opracowanie trasy. W trakcie planowania etapów, a także później w trakcie wędrówki korzystaliśmy z aplikacji “Buen camino de Santiago”. Poznany na szlaku Anglik zdecydowanie polecał “Camino Ninja”. W trakcie przygotowań wspaniałym źródłem wiedzy była dla mnie strona gronze.com, na której można znaleźć dokładne opisy tras (już w podziale na sugerowane etapy), a także informacje o hostelach, sklepach oraz gastronomii w poszczególnych miejscowościach. Według mnie to świetna strona dająca niesamowitą ilość przydatnych informacji. Jest również aplikacja gronze na smartfony, ale jak dla mnie jest ona zupełnie niepomocna. Używałam jej tylko w chwilach, kiedy zdarzyło mi się być samej na szlaku i chciałam na szybko upewnić się, że nie zboczyłam z drogi.

Część schronisk dopuszcza możliwość rezerwacji noclegów. Niektórzy korzystają z tej opcji, inni szukają go dopiero po przybyciu do miejscowości, w której chcą spędzić noc. Wydawało mi się, że ta druga forma jest bardziej popularna, jednak spotkałam znacznie więcej osób które miały zarezerwowane noclegi, niż szukających ich na bieżąco. Decydując się na podróż bez rezerwacji trzeba mieć na uwadze, że należy dotrzeć na nocleg dość wcześnie i liczyć się z tym, że mogą zdarzyć się sytuacje, w którym będzie problem ze znalezieniem wolnego miejsca w schronisku.

Wybierając Primitivo należy mieć również na uwadze, że w Asturii i Galicji naprawdę często pada deszcz i bywa chłodno. Wiosną i zimą zdarza się również padający śnieg. Dlatego w bagażu nie może zabraknąć ciepłych rzeczy, ubrań szybkoschnących, a także kurtek i peleryn przeciwdeszczowych. Natomiast latem należy dołożyć jeszcze krem do opalania i okulary przeciwsłonecznie, bo zdarza się ponad 30 stopni (na plusie oczywiście).

Primitivo jest podobno najtrudniejszym szlakiem, szczególnie dla rowerzystów (bez roweru górskiego i górskich umiejętności jazdy nie ma co próbować). Od pieszych wymagana jest dobra kondycja, bo chociaż droga ta nie jest specjalnie trudna technicznie (chociaż zdarzają się strome podejścia i zejścia po nierównej, kamienistej powierzchni), ale wymaga wysiłku i potrafi zmęczyć.