Podróżnik zagraniczny

Sanmaryńska wiosna

Koła autobusu powoli pięły się pod górę, z trudem łapiąc przyczepność na wprawdzie odśnieżonej, ale mimo to śliskiej drodze. Krajobrazy rozciągające się za oknem nie pozostawiały złudzeń, a raczej pozbawiały wszelkiej nadziei. Biel spowijała wszystko.  W końcu autobus zahamował i zatrzymał się na przystanku, a kierowca poinformował nas, że dotarliśmy do celu. Do celu??? Do jakiego celu??? Wsiadłam do autobusu udającego się do San Marino, a wysiadłam z niego na Przystanku Alaska.  Planując wakacje na przełomie późnej zimy i wczesnej wiosny nie liczyłam na upały – w końcu nawet na Półwyspie Apenińskim bywa o tej porze roku zimno, ale widok, który ukazał się moim oczom zdecydowanie przekraczał granice mojej fantazji. Parafrazując słowa wieszcza – wpłynęłam na śnieżnego przestwór oceanu. Przede mną rozciągała się biała tafla śniegu nietkniętego ludzką stopą, a kilkadziesiąt metrów dalej, w śniegu, hostel, w którym miał czekać na mnie nocleg. Reniferów nigdzie nie dostrzegłam, ale za to na dachu stała dumnie krowa (z plastiku lub innego tworzywa). 

Nie dowierzając własnym oczom patrzyłam i patrzyłam, ale mimo intensywnego wytężania wzroku, nie dostrzegałam żadnej drogi, ani nawet wydeptanej dróżki prowadzącej do drzwi i świadczącej o tym, że ktoś tam kiedyś dotarł. Zastanawiając się, czy tam w ogóle jest życie i czy nie czeka mnie nocleg w śnieżnej zaspie, ściskając w ręku walizkę (niestety na kółkach nie na płozach), zanurzyłam nogę w śniegu i zapadłam się w nim prawie po kolano. Otuchy dodawał mi jedynie fakt, że nie byłam sama, a wiadomo, w kupie raźniej… Udało nam się przedrzeć przez śnieżne pole i dotrzeć do drzwi. Pan na recepcji (tak, był tam człowiek!) powitał nas serdecznie, po czym poinformował o awarii ogrzewania i braku ciepłej wody. Na szczęście mieliśmy dach nad głową. Następnego dnia z powodu marznącego deszczu została zamknięta autostrada łącząca San Marino z Bolonią. Tak rozpoczęły się króciutkie wakacje w krainie Królowej Śniegu, to jest, przepraszam bardzo, w San Marino.

San Marino to jedno z najmniejszych państw świata, a zrazem najstarsza republika (istnieje od IV w. n.e.), stanowiąca enklawę na terenie Włoch. Powierzchnia 61 km kwadratowych stawia je na końcu listy krajów ułożonej pod względem wielkości, ale przed Watykanem i Monako. To położone na wzgórzach państwo zamieszkuje około 33 tys. osób. Językiem urzędowym jest język włoski, a obowiązującą walutą jest euro, mimo że San Marino nie jest członkiem Unii Europejskiej. Chociaż nie jest członkiem Unii można tutaj wjechać posługując się dowodem osobistym, bez dodatkowych dokumentów, pod warunkiem, że pobyt trwa maksymalnie 10 dni. Dłuższy pobyt musi zostać zgłoszony w oddziale ds. cudzoziemców.  Klimat podobno jest tutaj śródziemnomorski, lata są ciepłe i suche, a zimy łagodne 😉 No dobra, dużego mrozu nie było, to fakt.

Tym razem tak naprawdę trudno mi pisać o zwiedzaniu i o zabytkach, bo moja uwaga skoncentrowała się głównie na śniegu oraz na gorącej pysznej owocowej herbacie z miodem wypitej do obiadu. Gwoli wyjaśnienia – sam śnieg nie jest zjawiskiem, które mnie zaskakuje 😉 Jednak śnieg na południowych ulicach i to w takiej ilości oraz fakt, jak radzą sobie,  a raczej  nie radzą sobie z nim miejscowi, był zjawiskiem, które całkowicie pochłonęło moją uwagę.

Na pierwsze problemy wywołane śniegiem natknęliśmy się zaraz po przylocie do Bolonii. Już stąpając ostrożnie po stopniach samolotu nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Włosi raczej też nie. A dalej było tylko gorzej. Ulice i chodniki Bolonii pokrywała około 10 centymetrowa warstwa śniegu. Dla mieszkańców Polski południowej nie jest to jakaś straszna ilość, ale tutaj była to zapowiedź katastrofy. Mimo to pierwszy etap podróży, tj. z lotniska na dworzec kolejowy, przebiegł bez problemu. Jednak był to ostatni bezproblemowy jej fragment. Na dworcu okazało się, że większość pociągów, w tym do Rimini (skąd mieliśmy złapać autobus do San Marino, gdzie czekał na nas pierwszy nocleg i ciepłe łóżko) jest odwołana z powodu śniegu leżącego na torach. Zaskoczeni i zdezorientowani, ściskając w ręku bilety kolejowe kupione w automacie, zanim zorientowaliśmy się, co się dzieje i nie mając pomysłu, co dalej, udaliśmy się na kawę (kawa wiadomo jest dobra na wszystko). Kawa rzeczywiście rozjaśniła nam w głowie i pomogła podjąć decyzje. Czekamy góra dwie godziny, a po tym czasie bukujemy nocleg w Bolonii. Po godzinie okazało się, że jednak jest jeden pociąg w interesującym nas kierunku. Zajęliśmy miejsca w zimnych wagonach i ruszyliśmy w drogę. W Rimini pogoda nie była lepsza, spacer po plaży w oczekiwaniu na przesiadkę był zupełnie pozbawiony sensu, ale za to nie było informacji o odwołanych autobusach. Natomiast San Marino zamieniło się w Alaskę.

Następnego dnia urządziliśmy sobie spacer, którego celem było historyczne centrum miasta, położone na szczycie góry Monte Titano (najwyższy punkt San Marino, 749 metrów nad poziomem morza). Centrum to wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. My wybraliśmy spacer, ale spokojnie można dotrzeć tam samochodem, który można zostawić na jednym z licznych parkingów. Centrum jest niewielkie, na zwiedzanie spokojnie wystarczy jeden dzień, a nawet pół, ale jest klimatyczne i urokliwe. Oprócz wąskich uliczek i architektury sięgającej korzeniami czasów średniowiecza można (podobno) podziwiać rozciągające się stąd piękne widoki. Miasto odwiedzają rzesze turystów, jednak my (zapewne z racji warunków atmosferycznych), mieliśmy je prawie na wyłączność.

Co ciekawego można zobaczyć:

Plac Wolności

Do historycznego centrum wchodzimy przez bramę Świętego Franciszka – XIV wieczny budynek będący dawnej siedzibą gwardii i dochodzimy do Piazza della Libertà (Plac Wolności). Znajduje się tutaj Pałac Palazzo Pubblico będący siedzibą władz oraz sanmaryńska Statua Wolności. Palazzo Publico to neogotycki budynek, stanowiący dziewiętnastowieczne odwzorowanie pierwowzoru – gotyckiego budynku z XIV w. wzniesionego na miejscu domu rajców miejskich. W okresie letnim odbywa się tutaj zmiana warty. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na jedną ciekawostkę. San Marino jako republika nie posiada króla, ale nie ma również prezydenta. Rolę głowy państwa pełni dwóch kapitanów regentów, mianowanych parami przez Wielką Radę Generalną (odpowiednik parlamentu) na okres sześciu miesięcy. Kadencje rozpoczynają się 1 kwietnia oraz 1 października.

Bazylika Świętego Maryna

Warto zobaczyć również katedrę z XIX wieku pod wezwaniem świętego Maryna – legendarnego założyciela miasta. Kościół neoklasycystyczny, trójnawowy, z fasadą  z kolumnami korynckimi. W katedrze znajdują się prochy św. Maryna oraz podwójny fotel kapitanów regentów.

Zamek La Rocca o Guaita

To najbardziej charakterystyczny punkt San Marino. Zamek składa się z trzech twierdz – wież: Guaita, Cesta, Montale, połączonych murami obronnymi. Spacer po zamku obejmuje przejście szlakiem prowadzącym od wieży do wieży. Najstarsza z nich, a zarazem największa to Guaita. Powstała na przełomie X i XI wieku, jednak swój obecny kształt zawdzięcza XV-wiecznej przebudowie. W drugiej wieży, oddalonej o 350 m., XIII-wiecznej Ceście mieści się  muzeum starej broni. Obie wieże można zwiedzać. Spacer kończymy  dochodząc do najmniejszej, stojącej trochę na uboczu Montale, którą można podziwiać tylko z zewnątrz.

Przygotowując się do wyprawy naczytałam się wiele o pięknych widokach, które roztaczają się z miasta. Niestety nie było mi dane ich podziwianie. Odnoszę takie wrażenie, że San Marino chciało mi w ten sposób cos powiedzieć. Wróć do mnie 😀 Bueno, arrivederci!!!